Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
16 postów 1078 komentarzy

Diabeł tkwi w szczegółach

Pedant - Obraźliwe lub zakłócające komentarze mogą być usunięte dla utrzymania poziomu. Autorzy takich wpisów są zachęcani do ponownego poprawionego wpisu. Proszę o merytoryczne i zwięzłe komentarze na temat. Zastrzeżenia i pytania wysyłajcie poczt

Hegel i marginesy

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Obrazek z Filozofy - http://filozofy.blox.pl/2013/09/Swiat-wedlug-filozofow-Hegel-i-spacer.html

Przedmowa:Niniejszym chciałbym przedstawić wam pewien cykl artykułów, kierujący się trafnym spostrzeżeniem jednego z moich wykładowców, że „filozofii najpierw należy nauczyć się źle”. Ktoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z tą dziedziną nie jest w stanie, nawet na najlepszym wykładzie, od razu pojąć całej złożoności filozofii Arystotelesa, czy Kanta. Ale zarazem jak najszybciej poznać ich musi. Musi o nich słuchać i czytać, choć będzie rozumiał mało; pisać i mówić, chociaż będzie w tym wiele bzdur. Wszystko to po to, by potem znowu słuchać i czytać, pisać i mówić. Znowu i znowu. Filozofia to nie tabliczka mnożenia – nie wystarczy się jej raz na pamięć nauczyć. Filozofia wymaga nieustannego zataczania kół, a jej celem jest: rozumieć.

Z uwagi na powyższe „Przybliżenia” za zadanie stawiają sobie „zatoczyć pierwsze koło”, toteż przedstawione wiadomości i interpretacje „zawodowcowi” mogą wydać się zbyt uproszczone, czy zbyt jednostronnie przedstawione. Co więcej: będą to również odczytania stosunkowo „subiektywne”, ponieważ moim celem jest zaprezentować pewnego współczesnego filozofa, którego rozważania, bez znajomości jego poprzedników, mogłyby być zupełnie niezrozumiałe dla „amatora”.

– TŁO –

Nim przejdziemy do głównego bohatera dzisiejszego wpisu warto najpierw cofnąć się kilkanaście wieków i zarysować kontekst. Niejaki Plotyn – zainspirowany mało znanym, greckim filozofem, Platonem – tworzy koncepcję emanacji. Wraz z chrześcijaństwem na długo przenika ona całą Zachodnią myśl. Plotyn twierdził, że zasadą bytu, tym co istnieje naprawdę jest doskonała i prosta substancja: Jednia. (Gdy chrześcijańska filozofia i teologia przejmie tę teorię, cechy Jedni przypisane zostaną Bogu.) Jednia emanuje z siebie kolejne szczeble bytu: ducha (świat idealny), duszę (świat psychiczny) i – na samym końcu – materię (świat zmysłowy). Każdy kolejny szczebel bytu jest mniej doskonały, gorszy od poprzedniego. Podobnie w chrześcijaństwie: Bóg stworzył ludzi i świat, ale nie są one już tak perfekcyjne jak On. Jak widać mamy tu koncepcję tworzenia, ale jest to zawsze tworzenie degradujące. A co więcej: zakończone.

– HEGEL –

Taka wizja świata dominuje aż do Hegla, czyli do XIX wieku. Nie chodzi mi tu o „zwykłe” uprawianie filozofii historii, filozofii dziejów, bo takie rozpoczął już Giambattista Vico. Hegel dokonuje czegoś innego, czegoś o wiele poważniejszego: „wpisuje” historyczność w samo centrum filozofii. Dopiero ta filozofia podejmuje próbę opisania zmian, jakie zachodzą w świecie, przy czym rozumie je właśnie jako rozwój, a nie degradację. Na początku istnieje wyłącznie teza: Duch będący czystym pojęciem, ideą, czystą myślą. Następnie wyłania on z siebie swoje przeciwieństwo, swoją antytezę: materialny świat. W kolejnym kroku dochodzi do syntezy tych dwóch opozycyjnych członów i „powstaje” Duch absolutny. Jest on myślą myślącą samą siebie. Czyli myślą, która odkrywa, że świat jest wyrazem jej samej i myśląc o świecie myśli o samej sobie.

SYNTEZA
|
|
(negacja negacji)
|
|
TEZA —————————- ANTYTEZA
(negacja)

Na tym schemacie opiera się praktycznie cała myśl Hegla i zarazem dynamika świata, jaką filozof ten próbuje ukazać. Od razu zaznaczmy, że nie chodzi tu o takie negowanie, jak w logice formalnej. Negacja negacji powoduje Aufhebung – trudno przetłumaczyć ten niemiecki termin. Oznacza on zniesienie i zachowanie zarazem. Pierwsza negacja neguje tezę, tworząc antytezę. Druga negacja (czyli negacja negacji) nie oznacza „cofnięcia” początkowej (jak w logice formalnej). Jest ona raczej negacją całej relacji, w jakiej znajdują się teza i antyteza. Teza i antyteza zostają zniesione w tym, co w nich przypadkowe, a zachowane w tym, co w nich istotne. Kilka przykładów powinno rozjaśnić tę kwestię.

Ogół
|
|
Jedność —– Wielość

Negacją jedności (jakiegoś „indywiduum”) jest pewna wielość. Natomiast negacja negacji: ogół, jest czymś jednym, ale nie pojedynczą konkretnością, lecz takim jednym, które opisuje pewną wielość. Dla przykładu: jednością niech będzie Sokrates, wielością niech będą Sokrates i jego przyjaciele, albo wszyscy Grecy. Ogółem będzie wówczas człowiek (jakaś „istota człowieczeństwa”).

Chrześcijaństwo
|
|
|
Religia starożytnego —– Religia starożytnej
Egiptu                                    Grecji

Religia Egipska była religią animistyczną: bogowie byli duchowi, ale symboliczni, często ze zwierzęcymi cechami. Religia Grecka to religia antropomorficzna: bogowie byli ludzcy, ale przy tym materialni, cieleśni. W chrześcijaństwie zostają zniesione elementy symboliczności i cielesności, a chrześcijański Bóg „okazuje się” duchem-człowiekiem. Samo chrześcijaństwo także rozwija się w oparciu o ów schemat: Bizancjum (teza), Rzymski katolicyzm (antyteza) i Niemiecki protestantyzm (synteza).

bogate „punki”
|
|
zamożni ———–   punki

Na koniec jeszcze jeden, nieco żartobliwy przykład, który kiedyś wymyśliłem z kumplem ze studiów, w ramach jakieś próby uwspółcześnienia Hegla, czy też wykorzystania go do pop-analizy. (Pozdrowienia dla Betonowego Kota!) Dzieci z zamożnych rodzin ubierają się w nowe, modne, drogie ciuchy. Subkultura punków, na znak protestu (oczywiście również ze względu na niedostatek), nosi stare, podarte, zniszczone, często niemodne ubrania, zwykle po swoich rodzicach czy rodzeństwie. Następnie taki styl staje się modny i w markowych sklepach można kupić, za wysoką cenę, np. nowe, fabrycznie podziurawione i poprzecierane spodnie.

Hegel jest oczywiście spadkobiercą Kantowskiego transcendentalizmu, o którym pisałem poprzednio. Wprowadza do niego istotną modyfikację, gdyż pokazuje, że to, co a priori jest historyczne. Ponieważ zmieniają się a priori „odpowiedzialne” za poznanie, zmienia się sposób, w jaki człowiek poznaje. Ponieważ zmieniają się te, „odpowiedzialne” za naturę religii, zmienia się sama religia. Wszystkie te zmiany mają jednak pewien cel: uzyskanie przez Ducha samoświadomości, powstanie Ducha absolutnego. W tej „ostatniej syntezie” czas zostaje zniesiony – następuje koniec historii, koniec filozofii.

– BERGSON –

To omówienie Hegla chciałbym obudować dwiema innymi „koncepcjami” – raczej marginalnymi jeśli chodzi o recepcję tego niemieckiego filozofa. Pozwalają one jednak wydobyć kilka ciekawych, niestandardowych wątków. Na pierwszy ogień pójdzie autor Ewolucji twórczej, który – podobnie jak Hegel – wpisał ruch, zmianę w centrum swojego systemu.

Chociaż Bergson nigdzie nie przywołuje Hegla wprost, to jednak jego rozważania można odczytywać jako wymierzone przeciwko filozofii Ducha absolutnego. Ma to miejsce przede wszystkim w trzech zasadniczych punktach. Bergson próbuje pokazać, że istnieje coś takiego, jak ewolucja twórcza, czyli wytwarzanie zupełnie nowych form istnienia. Owa geneza nie zachodzi deterministycznie, tzn. istniejące warunki nie określają całkowicie tego, co powstanie. (Jak chciałby np. Darwin, który twierdzi, że ewolucja jest wynikiem reakcji na warunki środowiskowe.) Zdaniem Bergsona ewolucja jest raczej aktywna. Można by powiedzieć: dodaje coś jeszcze, coś czego nie było, coś nieprzewidywalnego, niespodziewanego, niemożliwego do wywnioskowania na podstawie stanu wcześniejszego. (Filozofia analityczna określa takie zjawisko mianem emergencji.) Wiąże się to z zagadnieniem czasu: wszystko to zachodzi i zachodziło w czasie. Nie jest tak, że jakiś Bóg stworzył całość wszechświata jako gotową. Czas (a właściwie: trwanie, bo tak Bergson nazywa ten, „prawdziwy czas”) jest jak gdyby dodatkową „energią”. „Siłą” wpływającą na rzeczywistość i wytwarzającą coraz bardziej złożone formy. Istnieje tu również pewna analogia do tego, co fizycy nazywają strzałką czasu: czas biegnie w jednym kierunku (od przeszłości ku przyszłości). Ta ewolucja twórcza jest „elementem” życia: życie jest dynamiczne, jest ruchem, rozwojem. Jednakże, w przeciwieństwie do Hegla, Bergson nie uważa, aby te zmiany miały jakiś cel, aby ta twórczość kiedyś miała się zakończyć, poprzez wytworzenie jakiejś idealnej formy. Z punktu widzenia autora Ewolucji twórczej niemieckiemu filozofowi można ponadto postawić jeszcze jeden zarzut. Hegel pokazuje jedynie ruch logiczny, abstrakcyjną zmianę, a nie ruch, zmianę rzeczywiste, realne. Pokazuje tylko zmiany takie, jakie widzi myśl i to na dodatek myśl przesiąknięta negatywnością. Przeciwnie Bergson – próbuje wskazać rzeczywistą zmianę, której zasadą jest aktywność, czyli afirmacja. Oto trzecia istotna rozbieżność pomiędzy tymi filozofami: jeden za zasadę zmiany uważa negację, drugi – afirmację. U Hegla bytowi towarzyszy zawsze jakiś niedostatek, jakiś brak, który próbuje on wypełnić poprzez kolejne etapy rozwoju. Proces ów ostatecznie ma doprowadzić do jakiejś kompletnej formy, która unicestwi czas, unicestwi „ruch”. Dla Bergsona byt byłby zaś zawsze jakimś nadmiarem, jakąś nadwyżką, która nieustannie „obradza” nowymi formami. O tyle nie ma tu mowy o jakimś końcu, o dotarciu do jakiejś finalnej i idealnej formy.

– SZKOŁA ANNALES –

Warto wskazać jeszcze jedno – również „marginalne” – krytyczne odniesienie do Hegla. A raczej do tego typu myślenia, którego tenże niemiecki filozof jest tylko skrajnym wyrazem. Chodzi o ujmowanie historii świata jako historii wielkich ludzi i wielkich wydarzeń. Spójrzcie tylko na Heglowski trójkąt: Egipt, Grecja, chrześcijaństwo: Bizancjum, katolicyzm, protestantyzm (Niemcy). To jest rdzeń i wszystkie związki przyczynowo-skutkowe jakie miały miejsce w historii wyjaśniane są na tej linii. Dokładnie ten sam model jest nam wpajany w procesie edukacji. Chrzest Polski, wojna taka, król taki, powstanie takie. Wszystko inne to nieistotna krawędź. Cały poststrukturalizm i „okolice” pragną natomiast opisać właśnie ów margines. Choćby Foucault i jego badania systemu penitencjarnego, zmian w psychiatrii, medycynie czy edukacji. Albo, właśnie, szkoła Annales. Z jednej strony poszerza ona badania historyczne tak by łączyć je z innymi naukami – ekonomią, socjologią, geografią czy historią sztuki – i pokazywać mnogość przyczyn, jakie wywołały dany skutek (a raczej skutki). Z drugiej zajmuje się czymś takim jak „mikrohistoria” czyli badaniem jakiegoś ograniczonego wycinka przeszłości. Na przykład małej prowincjonalnej wioski, w celu ukazania jej życia codziennego, a przede wszystkim świadomości, przekonań i obyczajów mieszkańców tej wspólnoty. (Jako ciekawostkę dodam, że w Polsce w ten sposób uprawiał historię, jako historię marginesu, m.in. Bronisław Geremek.)

Pojawia się wiele publikacji naukowych, które ze szkolnego punktu widzenia mogą wydawać się idiotyczne: historia brudu, historia otyłości, historia dzieciństwa, historia gwałtu… Albo z drugiej strony pisze się książki dotyczące „poważniejszych” tematów, które zamiast mówić o królach i wojnach dziesiątki stron poświęcają analizom cen zboża w pewnym porcie. Albo zasięgowi jakiejś choroby, urbanistyce miasta czy wykrokom sądowym za drobne przestępstwa. Wszystko to jednak ma i sens i cel: rozbić wpajane nam wyobrażenie, że za całym ruchem historii stoją wielkie wydarzenia i słynni ludzie. Że istnieje jedna, stała linia rozwoju cywilizacji (oczywiście: Zachodnia, biała, europejska linia). Albo, że istnieją jacyś „prawdziwi Polacy” czy „prawdziwi Niemcy” – jednolity naród, który powinien dominować nad innymi, wobec którego inny jest obcy, wrogi i nie ma z nim porozumienia. Albo, że pewne rzeczy, jak dzieciństwo czy cielesność, są ponadhistoryczne – zawsze takie same i niezależne od kultury.


Oczywiście to nie jedyne stanowiska opozycyjne wobec Hegla – jego filozofia była (i nadal pozostaje) tak wpływowa, że niemal każdego, filozofującego po nim, można interpretować w kontekście sporu z tym systemem. Chciałem jednak w tym wpisie przedstawić te poglądy, o których znacznie rzadziej się wspomina, a które – moim zdaniem – w ciekawy sposób przekraczają paradygmat pewnego nurtu, który można by uznać za dominujący w myśleniu (przynajmniej Zachodnim).

Lektury, które chciałbym wam polecić, również są – w pewnym sensie – „marginalne”. W wypadku Hegla ciekawym wprowadzeniem są trzy ostatnie (26, 27 i 28) Wykłady z klasycznej filozofii niemieckiej Marka J. Siemka. Pokazują one, jak niemiecki filozof, rozwijając Kantowski transcendentalizm, zaszczepia na nim historyczność oraz jak „wpisuje” podmiotowość w byt. W przypadku Bergsona chciałbym natomiast polecić Wstęp Leszka Kołakowskiego do wydanej przez Zieloną Sowę w 2005 roku Ewolucji twórczej. W sposób przystępny zostają tam wydobyte najważniejsze elementy tej filozofii, zwłaszcza kwestia czasu. (Warto dodać, że na ów Wstęp składają się dwa rozdziały z książki Bergson Kołakowskiego.) Tym razem lektury nie są ani zbyt trudne, ani zbyt obszerne. Myślę, że warto poświęcić im ten jeden wieczór.

 

Doktorant w Instytucie Filozofii UW, gdzie przygotowuje rozprawę doktorską poświęconą koncepcjom etycznym Foucaulta oraz Deleuze'a i Guattariego. Do jego zainteresowań badawczych należą ontologia, etyka, filozofia społeczna i diagnoza aktualności. Najczęściej sięga po teksty Deleuze'a (również te pisane wspólnie z Guattarim), Foucaulta, Nietzschego i Heideggera, choć nieobce są mu intensywne podróże w mniej uczęszczane rejony (np. Mumford, Abramowski).

 

//machinamysli.org/przyblizenia-2-hegel-i-marginesy/

 

Komentarze

 

 

To jest złożony temat. Z doniosłością Hegla w historii filozofii każdy się zgodzi, że była wielka. Choćby dlatego, że była „praprzyczyną” Marksa, a jak wiadomo do tej pory wielu intelektualistów odwołuje się do Marksa. Przy czym uważam, że Marks był błędy i sprzedawał proroctwo (sądzę tak m.in. za Albertem Camus, „Człowiek zbuntowany”). Podobne proroctwo proponują niektórzy libertarianie i mają tutaj sporo racji. Ludzka historia to ciągła walka o wolność. Najpierw wyzwolono się ze społeczeństwa stanowego, później doszło do emancypacji politycznej proletariatu (powszechna demokracja i związki zawodowe). Po IIWŚ mamy walkę z antysemityzmem, ochronę praw ludności kolorowej, także wszelkie ustawy chroniące kobiety. Tylko nie prowadzi to do społeczeństwa bezpaństwowego. Odnoszę wrażenie, że Lewiatan się rozrasta, coraz więcej rzeczy kontroluje, acz wiem, że nawet w średniowieczu regulowano stroje zawodów, etc. Nie ma dziedziny jaka nie byłaby kontrolowana i nie posiadała ustawy. Nawet nie ma gdzie uciec, wszędzie jest tak samo. Libertarianie rozprawiają tutaj o etatyzmie. W skrócie to polityk zajmuje się transferem środków z budżetu do określonych grup społecznych i pobiera od tego procent. Rodzi to konflikty społeczne! Warto zauważyć, że jak się zmienia rząd w Polsce, to nagle daje na jakieś lewicowe stowarzyszenia, albo na Kościół. Polityka sprowadza się do wydrapywania sobie pieniędzy. Następnie libertarianie proponują, że wystarczy przekonać ludzi, że jest to nieetyczne i jest to trybalizm.

Uważam to za bzdurę i wydaje mi się to sprzeczne z fizjologią człowieka (resentyment). W moim rozumieniu resentyment jest neutralny i zmusza człowieka do działania.

Spodobał mi się fragment o szkole Annales (czytywałem Le Goffa) i poststrukturalizmie. Kiedy widuje się takie terminy czy nazwiska w internecie, to raczej w kontekście „humorystycznym” – Patrzcie na lewaków! Tutaj zaś jest to rozumnie opisane.

Ja tego Wielkiego Ducha Hegla nie umiałem kupić i bliżej mi tutaj do tych marginesów historii (mam choćby „Historię pocałunku” na półce). W każdym razie myślę że z tych marginesów wyłaniają się te wielkie jednostki jakie decydują. Przecież znamy konkretne nazwiska, jakie podejmowały decyzję i brały odpowiedzialność. Później po ich porażkach, konkretne środowiska starały się je rozmyć.

Nie chciałem pisać elaboratu, stąd takie skróty myślowe, ale wydaje mi się, że jest to zrozumiałe.

Na szczęście technika umożliwia nam dzisiaj takie rzeczy, jakie były nie do pomyślenia dawniej. Mógłbym np. wejść na stronę Wolnych Lektur, wybrać motyw, zrobić parę cytatów, potem wejść na Wiki i dodać trochę terminów, a z tekstu biłoby erudycją.

Cezary Rudnicki
2 lata ago

Dziękuję za komentarz (i te pod innymi moimi artykułami). Tekst powstał dosyć dawno i z pewnością dziś napisałbym go zupełnie inaczej – mam nadzieję: lepiej. Choć wydaje się, że spełnia swoje zadanie: przybliżenia, oswojenia się, punktu oparcia.

Ale zostawmy tekst – i Hegla. Chciałbym natomiast krótko odnieść się do uwagi o Marksie. Sprawa nie jest tak prosta, jak może się wydawać. Marksa jednak „wypada” dzielić na „młodego” i „późnego”. Młody Marks z pewnością miał w sobie coś z proroka, jego wizja dziejów była jeszcze – wbrew deklaracjom – mocno Heglowska: tzn. teleologiczna (komunizm jako konieczny punkt dojścia historii) oraz spekulatywna. Rzecz ma się jednak inaczej z późnym Marksem: to już czysty empiryk (w końcu to m.in. oznacza materializm historyczny – badanie historii bez spekulacji, jedynie w oparciu o analizę materiału empirycznego). Ustanawia on co prawda pewną periodyzację „epok” (a właściwie: stosunków produkcji), ale robi to w oparciu o badania historyczno-empiryczne i podkreśla, że ta periodyzacja nie wyraża żadnego koniecznego następstwa.

Tyle Marks. Zupełnie inaczej ma się rzecz z marksizmem-leninizmem jako doktryną: tutaj aspekt teleologiczny, spekulatywny i proroczy były integralnymi elementami; z ducha heglowska filozofia dziejów na powrót tu ożyła i pozbyto się wszelkich subtelności, które wypracował (wy-myślił) późny Marks. (Wydaje się, że Camus uderzał raczej w pewien ówczesny obraz Marksa, niż w Marksa takiego, jaki rzeczywiście wyłania się ze swoich pism). Dzisiejszy marksizm jest natomiast niejako rozbity – wciąż istnieje grupa marksistów spekulatywnych (i to nie tylko na terenie byłego bloku radzieckiego), ale prężnie rozwija się też ten marksizm, który rezygnuje ze wszelkiej spekulacji i prorokowania, na rzecz badań empirycznych.

Opublikowaliśmy z resztą na Machinie Myśli bardzo dobre wprowadzenie do tego późnego Marksa: //machinamysli.org/ekonomia-polityczna-wprowadzenie-lektury-kapitalu/

KOMENTARZE

  • "wprowadzenie do ... późnego Marksa"
    "Opublikowaliśmy z resztą na Machinie Myśli bardzo dobre wprowadzenie do tego późnego Marksa: //machinamysli.org/ekonomia-polityczna-wprowadzenie-lektury-kapitalu/"

    [...]

    – Kapitalizm jest politycznym zarządzaniem nieopłacaną pracą –

    (Należy na wstępie zastrzec, że poniższe opisy są niepełne i nie roszczą sobie prawa do bycia definicjami.)

    Kapitalistyczny sposób produkcji. Punktem wyjścia Marksa jest wskazanie różnicy w krytycznym i dogmatycznym rozumieniu tego, czym jest kapitalizm oraz charakterystyczny i dominujący w nim sposób produkcji. Różnica pomiędzy ujęciem właściwym ekonomii politycznej a ujęciem Marksa polega na tym, że ta pierwsza przejawia tendencję do absolutyzowania kapitalizmu. Mówiąc inaczej, teoretycy tacy jak Smith, Ricardo i im podobni uznawali, że powstanie gospodarki kapitalistycznej było celem całej dotychczasowej historii. Co więcej, rozwój tej ostatniej interpretowali oni w świetle dostarczanych przez kapitalizm kategorii oraz praw nim rządzących. Odkrywszy różne prawidłowości rządzące produkcją i wymianą dóbr w kapitalizmie, ekonomiści doby Marksa uznali, że są to prawa nieomal tak wieczne, jak prawa natury. „Nieomylność” i „ścisłość” tak wielka, że dostępna tylko dla wybranych, upodabniała upadającą naukę do kultu. Zdaniem Marksa nauka powinna być wywrotna zarówno w znaczeniu możliwości jej zweryfikowania (Marks ciągle poprawiał Kapitał „bo przeczytał coś nowego”) jak i w znaczeniu politycznym. Rządzące kapitalizmem prawa oraz określony sposób urządzenia produkcji mają według niego charakter przygodny, gdyż powstały na przecięciu wielu zjawisk historycznych i mogą mieć przejściowy charakter. Przeprowadzona przez Marksa analiza dokonań ekonomii politycznej nieraz potwierdza jej osiągnięcia, lecz patrzy na nie z innej strony. Na przykład proces określania wysokości płacy (wynagrodzenia) w ujęciu klasycznej ekonomii politycznej zależy od gry popytu i podaży pracowników na rynku pracy. Jest to jednak tylko część prawdy, czy też „prawda upudrowana”, gdyż procesy ekonomiczne nie mają charakteru neutralnego, lecz są polityczne – wysokość płacy jest wynikiem walk politycznych. Kapitalistyczny sposób produkcji nie jest po prostu pewnym niezależnym od historyczno-politycznych uwarunkowań porządkiem techniczno-ekonomicznym. Mimo sprawiania pozorów „obiektywności” i braku stronniczości, jest on w rzeczy samej porządkiem politycznej dominacji klasowej, gdzie zarówno technika, jak i władza polityczna (np. działanie policji, sądów czy wojska) oraz wymiana handlowa służy stronniczym interesom – temu kto ją ma, czyli kapitalistom. Dominacja nie oznacza tu jednak absolutnego panowania, lecz raczej zdecydowane i ciągłe wygrywanie w sporach z robotnikami (np. w tych dotyczących wysokości wynagrodzenia). Kapitalistyczny sposób produkcji można scharakteryzować przez połączenie „pracy najemnej” (zatrudnienia pracowników opłacanych za czas pracy) oraz „wartości dodatkowej” (przede wszystkim zysków czerpanych z tej części ich pracy, która jest nieopłacona przez pracodawcę). Dla zaistnienia kapitalizmu niezbędne jest bardzo wiele czynników, jednak tym, na który Marks wskazuje przede wszystkim, nie jest czynnik technologiczny czy ekonomiczny. Tym, co w pierwszej kolejności określa ten sposób produkcji, jest pewien stosunek pracowników do pracodawców oraz sposób, w jaki ci pracodawcy, czyli kapitaliści, osiągają swoje cele, czyli tworzą swój zysk. W gospodarce kapitalistycznej niezbędna jest taka sytuacja, w której pracownicy lawirują na rynku pracy między różnymi zakładami pracy, , konkurują ze sobą czy zmieniają się, ale jednocześnie nie mają żadnego wyboru co do swojego odniesienia do całości systemu. Ich wolność ogranicza się do wyboru miejsca, w którym chcą pracować, ale nie mogą odrzucić obowiązku pracy w ogóle. W tym ostatnim przypadku stają się po prostu bezrobotnymi, ale nie wymykają się strukturze pracy jako takiej. Mówiąc inaczej, nie wypadają poza system, lecz nieustannie na niego oddziałują, gdyż presja bezrobotnych czyhających na pracę zatrudnionych jest czynnikiem wykorzystywanym przez kapitalistów do obniżania średniej wysokość wynagrodzeń. Nawet ludzie „spoza nawiasu” są integralną częścią społeczeństwa. Oczywiście pojedyncze jednostki mogą uniknąć pracy najemnej. Niemal każdy robotnik marzy o tym żeby „wyjść na swoje” i uniezależnić się od kapitalisty. Jednak o ile jednostkom może się to udać, nie jest to możliwe dla wszystkich jednocześnie (i to nie ze względu na ich cechy jednostkowe – bycie nieudacznikami, jak niektórzy próbują nam wmówić – ale z uwagi na samą konstrukcję systemu). Fakt, że robotnicy jako grupa nie mogą uniknąć pracy najemnej oraz że kapitalistyczne zakłady pracy są jedynym wyborem 3 (bo można jedynie wybrać, dla którego spośród kapitalistów chce się pracować) sprawia, że stosunek między kapitalistami a robotnikami jest stosunkiem klasowym.

    Walka klas. Pojęcie to, traktowane jednak jako pewne hasło, jest być może najbardziej znane z całej teorii Marksa. Podstawowe pytanie, które od razu przychodzi nam do głowy, to pytanie: co to w ogóle jest klasa? Tak jak za Ancient Regime’u istniały trzy stany (pierwszym było duchowieństwo, drugim szlachta a trzecim cała reszta), tak zwykle mówi się, że w kapitalizmie istnieją dwie klasy (proletariusze i kapitaliści), których wzajemny stosunek ma charakter konfliktu klasowego. Jaka jest między nimi różnica? Proletariusz musi sprzedawać własną pracę (za płacę) i nie ma środków, których mógłby użyć czy zainwestować w taki sposób, by przyniosły mu zysk. W związku z tym praca nie służy, w jego przypadku, do pomnażania zysku, a jedynie do podtrzymywania życia. Proletariusz pracuje wyłącznie po to, by przeżyć. Kapitalista natomiast wykorzystuje posiadane już przez siebie zasoby w taki sposób, by mieć ich jeszcze więcej. Działa po to, by pomnażać kapitał. Robotnik może pracować tylko u kapitalisty – a musi to robić, by przeżyć. Kapitalista musi zatrudniać robotników, by pomnażać kapitał – a musi go pomnażać, żeby pozostać kapitalistą (gdyż czyha na niego konkurencja). Kapitaliści jako klasa posiadają zasoby (środki produkcji), których nie posiadają robotnicy jako klasa. Kapitaliści muszą zatrudniać robotników (zmuszając ich do określonej formy pracy poprzez wykorzystanie arbitralnej władzy politycznej), gdyż ze sobą konkurują (zatrudnianie pracowników jest koniecznym warunkiem osiągnięcia zysku). Wszyscy kapitaliści muszą zatem zatrudniać robotników, aby móc kontynuować proces pomnażania kapitału. Stanowią zatem klasę tzn. grupę, której interes określa sposób produkcji i stosunki społeczne w kapitalizmie. Robotnicy także stanowią klasę, gdyż nie posiadając środków do produkcji (a musząc produkować, by przeżyć), są skazani na pracę u jednego z kapitalistów. Oni także posiadają swój interes jako klasa. O ile kapitalista dąży do tego aby wysokość płacy pracowników najemnych oscylowała wokół niezbędnego minimum 4, o tyle robotnicy dążą do jej wzrostu i własnego rozwoju (np. dostępu do służby zdrowia czy lepszej edukacji dla siebie i własnych dzieci). Żaden poszczególny kapitalista nie musi być od razu wrogiem żadnego robotnika. Jednak kapitaliści jako klasa są z konieczności wrogami klasowymi robotników jak klasy.

    Do opisu klasy robotniczej należy jeszcze dodać ten aspekt, że jej udział w procesie produkcji również jest aktywny i również ma charakter polityczny, a to dlatego, że ona również określa kapitalistyczne stosunki produkcji poprzez wkład swojej pracy lub odmówienie jej wykonania. Praca jest działalnością polityczną. Zasięg i wymiar politycznego działania klasy robotniczej może być różny. Walką klasową może być na przykład strajk pielęgniarek domagających się zmian krótszych, niż czternastogodzinne. Polityczność ujawnia się tutaj m.in. w miejscu pracy, przez strajk okupacyjny w szpitalu oraz przerwanie pracy, albo przez protest w sferze publicznej, np. przed siedzibą ministra zdrowia. Podobnie polityczny charakter ma działanie kapitalistów i podobnie dotyczy ono cech dystynktywnych tej klasy. Może to być zakazywanie zrzeszeń pracowniczych lub stosowanie kar względem nieposłusznych pracowników (przykładowo obcinanie zasłużonych premii tym, którzy nie chcą wyrabiać nadgodzin). Może to być, w szerszym kontekście, mniej lub bardziej pośrednie kształtowanie prawa sprzyjającego maksymalizacji zysków lub wspieranie interwencji zbrojnych państw kapitalistycznych wykorzystywanych do osiągnięcia własnych celów (np. przechwycenia zasobów naturalnych na danym terenie). Walka klas oznacza zatem różne rzeczy, zależnie od tego z jakiego punktu widzenia ją analizujemy. Lewicowi teoretycy, a także po prostu ludzie o lewicowych poglądach, zbyt często skupiają się na perspektywie kapitału, tzn. na tym, jak sam kapitał toczy walkę klasową, nie dostrzegając, że klasa robotnicza również podejmuje własne działania. W efekcie kapitał zdaje się być siłą wszechwładną, a uważająca tak część lewicy popada w intelektualną indolencję. Prawa powszechnie dziś akceptowane jako normy, takie jak 8-godzinny dzień pracy, wolne weekendy, płatne urlopy, zasady BHP, zakaz pracy dzieci, emerytury i wiele, wiele innych, są zasługą walk prowadzonych przez klasę robotniczą. Nikt tych rzeczy nikomu dobrowolnie nie podarował. Wszystkie one są efektem długotrwałych zmagań. Widzimy zatem, że walka klasowa nie musi być walką na bagnety – może nią być także dyskusja, demonstracja czy ustanawianie dobrego prawa. Niemniej jednak jest ona podejmowana przez obie strony w warunkach panowania kapitalistów, a zgodnie z teorią Marksa żadna z tych stron nie może, na dłużą metę, pokojowo współistnieć z drugą. Walka zawsze nasila się i słabnie, zawsze zmierza w jakimś kierunku, jednak to, w jakim, nie zależy od dogmatów teorii tylko od faktów i realnych decyzji podejmowanych przez ludzi.

    [...]
  • @Krzysztof J. Wojtas 09:16:48
    "Zarys myśli jest zawarty w książce "Systemy filozoficzne a polskość". Bez przeczytania tegoż jest Pan dla mnie co najwyżej początkującym filozofem."

    A czytał Pan "Ferdydurke"? Polecam.

    Dla tych co chcą się dowiedzieć czegoś o książce Pana Wojtasa, to tu ją
    zaleca:

    http://poczetrp.pl/1374/

    Ja osobiście nie jestem zainteresowany, choćby z jednego powodu. Przedstawia Pan pseudohistoryka Konecznego jako punkt wyjścia, a to w moich oczach dyskwalifikuje.
  • @Krzysztof J. Wojtas 14:19:57
    "Czy jak napiszę, że autor nie wychyla nosa ze swego grajdołka i lubuje się w kazuistyce - to nie będzie to uznane za wycieczkę osobistą?"

    Tak, jest to wycieczka osobista. Wycinam.

    Jak ma Pan coś merytorycznego do powiedzenia, specialnie racjonalne argumenty (nie apodyktyczne asertcje) DOWODZĄCE swego stanowiska, proszę bardzo.

    I na temat! Temat jest w tytule.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930